WAŻNE

Blog jest zakończony, serdecznie zapraszam do zapoznania się z całą historią.
Raczej w tym miejscu już nic więcej się nie pojawi.

6 grudnia 2015

If I'm to fall would you be there to applaud (3/3)



Hej!
Podziękujcie Ruttan, za to, że przed wami jest stara wersja dodatku z dopisaną jedną, ostatnią sceną. Powiedziała, że jest okej, to stwierdziłam, że jej uwierzę. W ten oto sposób w końcu mamy koniec. Nie zrozumcie mnie źle, ja bardzo lubię Kwiaty, ale już mi ciążył ten dodatek i to, że tak leżał niedokończony, kiedy ja pisałam tysiące innych rzeczy.
Drobne podsumowanie na końcu! 
I przepraszam za błędy. Tak pobieżnie to przeglądałam.
Dziękuję, że tyle wytrzymaliście.

***

CZĘŚĆ TRZECIA
 jestem wystarczająco szczęśliwy

To tak właśnie było z tą całą miłością. Leżał na łóżku w sypialni skulony, zaciskając powieki tak mocno, że aż boleśnie. Wydawało mu się, że nie może oddychać. Tak właśnie było jak serce mu się rozsypywało kawałek po kawałku, jak landrynki po podłodze ze zbyt nierozważnie otworzonej torebeczki. Mama nigdy nie pozwalała mu ich zbierać i zjadać. Mówiła, że były brudne.
To serca też się do kupy nie zbierało.
Świat wcale nie zrobił się szary. Kolory były jeszcze bardziej intensywne, wszystko zostało, jak gdyby pogłośnione, zapachy stały się duszące, za ostre, powierzchnie zrobiły się chropowate, w dotyku jak papier ścierny, wzdrygał się za każdym razem, kiedy przejeżdżał opuszkami palców po pościeli, która miała jeden, najgorszy zapach. Dookoła chodzili ludzie smutni jak on i ci szczęśliwi, pełni werwy, chęci do życia. Zastanawiał się, dlaczego świat jest taki piękny, stara się być piękny, gdy on nie ma siły oddychać, w głowie słyszy szum, a przed oczami widzi rozmazaną sylwetkę. Kiedy na ustach czuje pocałunki, dłonie przypominają mu o kształcie pleców, tych ślicznych, nierównych łopatkach, fizycznie odczuwa ciepło drugiej osoby.
Był na jakimś cholernym haju i było mu z tym dobrze.

Oczywiście, do ich spotkania na początku czerwca wcale nie był gotowy. Tym bardziej zdziwił się, kiedy po otworzeniu drzwi, w ramiona wpadło mu znajome ciało, które zaczęło go całować mocno i zachłannie. Przez chwilę tylko nie wiedział, co się dzieje, jego zmysły budziły się z jakiegoś otumanienia, lecz gdy zrozumiał, że tak, to naprawdę jest Kuba, nie mógł opanować radości. Od razu rozpoznał wszystko, co znajome, co kochane. Robili to, co zawsze, czego pragnął i tak bardzo potrzebował w ciągu ostatnich kilku dni.
Całował go do szyi, chcąc zjechać niżej, znowu być szczęśliwym, spełnionym, kochanym, nawet jeśli była to tylko chwila. Wtedy poczuł jak ciało pod nim zaczyna drżeć. Przed oczami stanął mu od razu ten potworny obraz po tym, jak go uderzył. Momentalnie odsunął się od niego i spojrzał na jego twarz.
Kuba miał łzy w oczach i Gabryś się przestraszył. Tym bardziej, że nie miał zielonego pojęcia, co sprawiło, że do niego wrócił. Zrobiło mu się sucho w gardle, czuł, że i on sam zaczyna się trząść, ponieważ nie wiedział, jak powinien zareagować. Ostatecznie jednak przekręcił się na plecy, trzymając Kubę mocno w swoich ramionach. Obejmował go, chcąc mu w ten sposób jakoś pomóc, od czasu do czasu całując czubek jego głowy, którą wciskał w zagłębienie jego szyi.
Gdy Kuba zaczął mu opowiadać o siostrze, zdał sobie sprawę z tego, że coś w tym sympatycznym mężczyźnie pękło. Wtedy zrozumiał, jak bardzo zdesperowany był Jakub, jak obsesyjnie szukał bliskości drugiego człowieka. Kogoś, kto zapewni mu pewne wsparcie.
Gabriel nie wiedział, czy jest do tego odpowiednim kandydatem.
Mimo to się starał. Słuchał go uważnie, gładząc go uspokajająco po plecach, wyczuwał jego chaotyczny, nierówny oddech na swojej szyi. Kiedy skończył milczał. Przycisnął go do siebie mocniej, całując go w czoło, w momencie jak zauważył, że Kuba zasnął.
Gabryś rzadko miał okazję, aby mu się przyglądać, podczas gdy śpi. W gruncie rzeczy, wyglądał niespokojnie. Z zaciśniętymi ustami i równie mocno zamkniętymi oczami, zdawał się przeżywać jakiś koszmar. Dlatego pocałował go jeszcze kilka razy, uśmiechając się słabo, kiedy zobaczył, że przynosi to efekty. Wyraz jego twarzy złagodniał, stał się bardziej odprężony. Bardzo delikatny i ulotny. Kuba oddychał cicho, niemalże niedosłyszalnie. Kilka razy podkładał mu dłoń pod nos, aby sprawdzić, czy w ogóle jeszcze żyje. Czuł za to bicie jego serca, powolne i równe.
Kuba wciąż leżał na nim, robiąc sobie z jego ramienia poduszkę. Był umiarkowanie ciężki. Pewnie ważył mniej więcej tyle, co on, może nawet mniej, biorąc pod uwagę te wszystkie wystające kości. Albo taka była jego uroda. W każdym razie, bardzo lubił jego wszystkie kości. A najbardziej te nieszczęsne łopatki. Doszedł do wniosku, że w ostatnim czasie jego ulubionym zajęciem było głaskanie Kuby po jego nierównych łopatkach. Zabawne było to, że nie spodziewał się czegoś takiego. Oczywiście, to był tylko drobny defekt i nawet nie było normalnie widać, że lewa jest wyżej od prawej. Dopiero, kiedy się je poczuło, przejechało się po nich, dostawało się coś w rodzaju Kinder Niespodzianki.
Kochał widok śpiącego Kuby. Nawet, jeżeli czasami rzucał się po łóżku. Albo mówił przez sen. Prawda była taka, że Gabriel sen miał akurat mocny i mało co było go w stanie nagle obudzić. Czasami budzik nie dawał rady. Dlatego nastawiał cztery. Różne. Jego szafka nocna przypominała wystawę budzików. 
Ułożył ich wygodniej, obracając się na bok. Myślał, że Kuba się obudzi, gdy jego głowa zsunęła się na poduszkę, jednak tak się nie stało. Wymruczał tylko kilka niezrozumiałych słów, po czym podkurczył nogi i spał dalej. Gabryś odgarnął mu włosy z twarzy i przysunął się bliżej, obejmując go lekko.
– Dobranoc – rzucił w przestrzeń cicho, wpatrując się w jego śpiącą twarz.

Poranek nie należał do tych bardzo przyjemnych. Obudził się z poduchą wciśniętą w ramiona, tą samą, na której spał wczoraj Kuba. Pachniała jego słabym zapachem. Gabryś wbrew sobie pomyślał, że może to i lepiej. W zarodku zdusił przekonanie, że jednak, mimo tego wszystkiego, co się stało, dużo dla Kuby znaczył. Podobnie jak Jakub dla niego.
Po wstaniu z łóżka zrobił to, co zwykle. Wypił kawę, przegryzł coś, umył się, ubrał i poszedł do pracy. I chociaż niewiele się zmieniło, znowu zaczął żyć bzdurną nadzieją.
Siedząc w aptece wpadł na ten trochę głupi pomysł. Musiał sprawdzić, czy rzeczywiście coś znaczy dla Kuby, czy jest szansa, żeby byli razem. Musiał go przy sobie zatrzymać na wszelką cenę.

Po pójściu do Majki, po namówieniu jej do tego wszystkiego, chciał się wycofać tylko przez chwilę. Kiedy Maja powiedziała mu, że to może się skończyć jeszcze gorzej. Że może wszystko spieprzyć jeszcze bardziej, stracić swoją ostatnią szansę. Wszystkie istniejące szanse. Gabriel był na tym zabawnym etapie miłości, gdy nie wyobrażał sobie życia bez Kuby, którego traktował trochę jak najlepsze paliwo napędowe. Świadomość, tego, iż jest ktoś, dla kogo nie jest może zupełnie obojętny była budująca. Och, oczywiście, wiedział, że wiele osób uważa go za ważną część ich życia, lecz tu chodziło o coś innego.
Kuba był wyjątkowy. To być może brzmiało bardzo patetycznie, jednak Gabryś dawno nie spotkał kogoś, kto by mu kompletnie wywrócił wszystko do góry nogami. Nie, żeby narzekał. Z tego powodu tak bardzo mu go brakowało.

Kiedy dzwonił do ojca, chcąc mu powiedzieć, że przyjeżdża za tydzień, odebrała Kristina. Od razu wyczuła, że coś jest nie tak. Szczerze, Gabriel był jej dozgonnie wdzięczny za tą rozmowę. Albo raczej za wysłuchanie jego monologu. Docenił też to, że go nie oceniała. Nie mówiła, że to, co robi jest złe, że zachowuje się głupio. Ona po prostu życzyła mu powodzenia. I powiedziała, że jeżeli mu naprawdę zależy to powinien zrobić wszystko, co tylko możliwe.
Nigdy nie myślał, że partnerka ojca dowie się o tym, że jest gejem (a może bi? Sam nie wiedział) przed jego ojcem. I przed mamą. I ojczymem. Tak, Gabryś nigdy nie wyszedł z szafy. Nie przed rodziną, nie w pracy, nie przed większością znajomych. Nie wiedział, jak zareagują, panicznie się tego bał. Kilkoro jego kumpli ze studiów lub szkoły było cudownymi ludźmi. Pomijając ich zapędy homofobiczne. Z matką nie wiedział, jak o tym rozmawiać, tym bardziej z Wojtkiem. A ojciec… Ojciec myślał, że on i Maja są parą. Nie, czekaj, wszyscy tak myśleli. Cała jego rodzina spod Białegostoku również. Przez to, że na weselu kuzynki kilka lat temu jego osobą towarzyszącą była właśnie Majka.
Historia ich znajomości była na tyle absurdalna, że od czasu do czasu aż sam nie wierzył, że to przydarzyło się mu ze wszystkich ludzi. Kto normalny odpowiada na ogłoszenie: „Szukam chłopaka na spotkanie towarzyskie. Płacę z góry!”. Nie żałował, oczywiście. Zdobył przyjaciółkę. Szkoda tylko, że nikt nie wierzył w przyjaźń damsko-męską bez podtekstów. Ludzie byli dziwni.
Kristina jednak była godna zaufania. Rozumiała go aż za dobrze, jej młodsza siostra, Malin, miała bardzo sympatyczną dziewczynę. Zdążył je poznać w czasie jednych z pierwszych wakacji u ojca i lubił z nimi rozmawiać. Zawsze wymyślały coś ciekawego do robienia, były sympatyczne, otwarte i dumne z tego, jakie są. Oraz szczęśliwe, że mają siebie. Kilka razy poruszał z nimi temat orientacji, homoseksualizmu i tolerancji, a one zawsze dodawały mu otuchy, chociaż nigdy nawet przed nimi nie przyznał się, że chyba jest gejem. Raczej. Nie, na pewno. I przy okazji nauczyło go też w miarę porządnie szwedzkiego. Tylko nie ćwicząc cały rok, z reguły i tak zapominał większość, więc przez pierwszy tydzień sobie wszystko przypominał, a przez kolejny stwierdzał, że mógłby mieć dłuższy urlop. Chciałby wyjeżdżać tam na co najmniej miesiąc, jak za czasów liceum. Wtedy było fajnie. I dostawał nawet drobną zapłatę za opiekę nad psami sąsiadów ojca. Raz też pomagał w osiedlowym sklepiku. W sadzie zbierał czereśnie. To ostatnie było męczące i bolało go później w krzyżu, ale dobrze się przy tym bawił.
Gabryś czasami rozważał możliwość wyjazdu do Szwecji na stałe. Pewnie stąd też wpadł na ten głupi pomysł. Był w sumie ciekawy, jak Kuba zareaguje. Ogólnie, kiedyś może, jeśli ciągle lub raczej w ogóle będą razem, wyjechaliby do tej Szwecji naprawdę. Byłoby im w życiu łatwiej. Z tymi planami to wybiegał trochę za bardzo w przyszłość. Co więcej, zawsze z nich miał przy sobie Kubę. Co było przyjemną wizją. Miał szczerą nadzieję, że również prawdziwą.

Sam przebieg jego wielkiego, szatańskiego planu wyobrażał sobie w mniej przykry dla samego siebie sposób. Chociaż, patrząc z perspektywy czasu, zawsze mogło pójść gorzej. Ostatecznie Kuba go nie zostawił, nie stłukł na kwaśne jabłko ani nie miał go głęboko gdzieś. Był nawet zaskoczony, że wszystko obyło się bez zbytniego melodramatu. Czuł wstyd za samego siebie, ponieważ Majka miała rację. Mógł z nim porozmawiać jak z człowiekiem i nie robić tej całej, żenującej akcji. Człowiek uczy się na błędach.

Te dwa tygodnie w Szwecji z pewnością zaliczyłby do najgorszych w swoim życiu. Gdyby nie porozmawiał z Malin, jej dziewczyną i Kristiną. O, i jeśliby ojciec nie zareagował na wiadomość o tym, że jego syn jest gejem niedowierzaniem i stwierdzeniem, że „Weź ty odpocznij, co?”. Po tym nie miał siły mu tłumaczyć, że to prawda. Miał w końcu nawet chłopaka. Prawie chłopaka. Miał Kubę, a to mówiło samo za siebie.
Nie spodziewał się tak entuzjastycznej reakcji Kristiny. Najbardziej ze wszystkich cieszyła się, że mu się udało. To było bardzo miłe. Nigdy nic do niej nie miał i zawsze ją lubił, lecz tym po prostu podbiła jego serce. Ucieszył się nawet z informacji, o tym, że będzie starszym bratem. Sporo starszym, ale nie sądził, że mu to w jakiś pokrętny sposób sprawi radość. Z drugiej strony, teoretycznie mógłby być ojcem tego dziecka, co go odrobinę przerażało. Głównie dlatego, że uświadomił sobie, że jest stary.
Oczywiście wyżalił się z tego Kubie przez telefon, jak z wielu innych rzeczy. Dzwonił do niego trochę za często, już widział ten rachunek straszący go horrendalną kwotą do zapłaty. Nie był w stanie się jednak powstrzymać. Tym bardziej, że lubił brzmienie głosu Kuby przez telefon. Co najdziwniejsze, nietypową przyjemność sprawiało mu irytowanie go. Kuba śmiesznie się denerwował, a jego starania, aby go nie obrazić, lecz delikatnie mimo wszystko spławić, wydawały mu się słodkie. W rozmowach z Gabrysiem zawsze się plątał, wkurzał, choć nigdy nie rozłączył się po chamsku. To sprawiało, że coraz bardziej się w nim zakochiwał. O ile to w ogóle możliwe.

Był trochę zawiedziony po powrocie, że nikt nie rzucił mu się naszyję, że sam wszystko tachał na dół i zastał tam Kubę z Majką tak zajętych rozmową, że nie widzieli świata poza nią. Jednak ucieszył go sam ich widok. To, że są cali, zdrowi i radośni. A jak Kuba złapał go za rękę, pomyślał, że miło jest być w domu.

Sobotę spędzili u rodziców Mai. Jego serdeczna przyjaciółka wyciągnęła ich na potwornie przeludnioną plażę. Nie dla opalania, ciężko było w ogóle przejść między wzorzystymi parawanami. Pochodzili brzegiem morza, wrzucili Majkę do wody zupełnie niechcący, a później siedzieli na murku na promenadzie i jedli lody.
Kuba przewrócił w końcu oczami i wytarł chusteczką jego usta, na którym miał resztki od lodów.
– Nie zachowujcie się jak stare małżeństwo, okej? – poprosiła ich Maja.
– Dlaczego zawsze musisz się uświnić – narzekał Jakub, kiedy wcisnął mu zabrudzoną chusteczkę do ręki.
– Jej, nie umiem jeść jak wy, że wszystko jest czyściutkie i w ogóle – żachnął się Gabryś, wycierając kąciki ust.
– Cóż Kuba, wziąłeś sobie świnkę na wychowanie – skwitowała to Majka, uśmiechając się do Gabriela, gdy wystawił jej język.
– Przegrałem życie – przyznał smutno Kuba, zaciskając usta, aby się nie roześmiać na widok jego zszokowanej i urażonej miny.
– Lepiej byś nie trafił – odparł Gabryś, na co Maja roześmiała się głośno. Jakub też parsknął śmiechem. Ostatecznie wszyscy chichotali jak idioci, zwracając uwagę każdego, kto przechodził bliżej.

W niedzielę, już po powrocie i odwiezieniu Majki do jej mieszkania, Gabryś po raz pierwszy, co dotarło do niego jakiś czas później, znalazł się w kawalerce Kuby. Skromnej, ale zadbanej i uporządkowanej. W pewnym stopniu kompletnej i Kuba doskonale do niej pasował, był jak gdyby nieodłącznym elementem, który uzupełniał całą resztę.
Został na noc, szybko przyzwyczajając się do tego, że z łóżka widzi aneks kuchenny, że od czasu do czasu przez ciszę nocy przedziera się buczenie lodówki, że kiedy obraca się twarzą w stronę Kuby, może wyjrzeć przez okno i starać się rozpoznać kontury starego, zapomnianego i zaniedbanego boiska spowitego mrokiem.
Kuba oczywiście kręcił się w łóżku. Już wcześniej zauważył, że nie lubi spać pod jedną, wspólną, dlatego zawsze miał u siebie kołdrę gotową specjalnie dla niego. Tym razem to Kuba podzielił się pościelą. Gabrysiowi takie rozwiązanie niezbyt się podobało. Zawsze lubił to poczucie bliskości drugiego człowieka, możliwość położenia mu ręki na biodrze. Z czasem się jednak przyzwyczaił, nauczył się przytulać do niego przez puchatą pierzynę, okrywać go jeszcze często swoją. Rano zwykle kończyli tak, że Kuba przykryty był dwiema kołdrami i rozkopywał się wściekle, zanim zupełnie się przebudził i doszedł do siebie, a Gabryś spał jak zabity z odkrytymi plecami i obejmował go mocno w pasie, z głową na piersi Kuby.
Nie inaczej było w poniedziałkowy poranek. Jakub strząsnął z siebie kołdrę z Gabrysiem, a później okrył go porządnie, samemu zwlekając się z łóżka. A przynajmniej podjął takie próby, ponieważ Gabriel zatrzymał go przy sobie.
– Śpij – rozkazał na wpół nieprzytomnie. Próbował go pocałować w usta, lecz źle wycelował i trafił w miejsce między nosem a kącikiem ust. Kuba parsknął śmiechem. Gabryś tylko zmarszczył sennie brwi. – Nie puszczę.
Kuba teraz już zanosił się głośnym śmiechem, podkurczając nogi pod brzuch, kiedy leżał obok niego na łóżku. Gabriel podciągnął się niemrawo w górę i rozłożył się na nim, robiąc sobie z jego ramienia poduszkę. Dłoń Kuby gładziła go spokojnie po włosach, nieraz dla zabawy go lekko ciągnąc, wywołując tym samym niezadowolony pomruk. To zawsze bardzo Jakuba bawiło, więc co jakiś czas słyszał jego krótki chichot.
Gabryś znowu zasnął i obudził się dopiero, kiedy Kuba starał się jak najsubtelniej wyciągnąć swoją zdrętwiałą rękę spod jego cielska. Burknął coś pod nosem niezadowolony i przytulił się do niego mocniej, oplatając go ramionami w pasie.
– Weź, nie bądź dzieckiem. Przecież ci nie ucieknę. Za to jestem głodny – Kuba starał się wyperswadować na nim wypuszczenie z uścisku, klepiąc go lekko po plecach.
Gabrysia jakoś nie bardzo to ruszyło. Podciągnął się jedynie nieznacznie do góry i ze swoją zerową celnością z rana, pocałował Kubę w brodę.
– Gabriel – usłyszał w odpowiedzi westchnięcie, choć nie było tak naglące i oschłe jak zawsze, gdy się na niego trochę denerwował. Raczej brzmiało bardziej pobłażliwie.
– Gabrysiu. – Kuba podjął ostatnią próbę wybłagania u niego czegokolwiek, która oczywiście zakończyła się fiaskiem. W związku z tym, w całej swojej brutalności i okrucieństwie, przewrócił go na plecy, samemu siadając na jego biodrach. Pocałował Gabriela czule w usta, ale oderwał się od niego, zanim ten to podchwycił i miał zamiar kontynuować.
– Chcę jajecznicę z trzech jajek na maśle ze szczypiorkiem i herbatę z sześcioma i pół łyżeczkami cukru – wyszeptał mu prosto w usta Kuba, całując go jeszcze przelotnie, nim wyplątał się z uścisku, korzystając ze stanu lekkiego szoku, w jakim znalazł się Gabryś, próbując tak wcześnie rano coś zapamiętać. Leżał przez chwilę myśląc nad czymś intensywnie, kiedy Jakub zakładał wygrzebane z szafy dresy.
– Nie mamy jajek – stwierdził w końcu, podnosząc się na łokciach. Kuba posłał mu jeden z tych obrzydliwie słodkich uśmiechów.
– Dlatego ubierzesz się i po nie pójdziesz. Nie mamy też szczypiorku, bułek, czegokolwiek na te bułki i paru innych rzeczy – dobrodusznie powiadomił go człowiek, którego uważał za miłość swojego życia. Gabriel znowu opadł na plecy, jęcząc z bólem.
– Muszę? – spytał się cicho, nie mając w sumie nadziei na nic konkretnego.
– Oczywiście – odpowiedział mu pogodnie Kuba, przechodząc do części kawalerki z aneksem kuchennym.
Gabryś poszedł w końcu do tego sklepu. Później, jak już razem mieszkali, z reguły też robił zakupy. Wszystko przez to, że pierwszy wracał z pracy. I jakoś tak przywykł zachodzić do tego nieszczęsnego supermarketu.

Kuba nigdy nie rozumiał pewnej zależności – Gabriel zawsze zasypiał po pracy, w dni, w których nie zakładał soczewek. W dodatku, z okularami wciąż na nosie, wiernie czekającymi, kiedy wróci z pracy, usiądzie na wolnym skrawku kanapy i je ściągnie, przeczesując przy okazji włosy Gabrysia. Z reguły odkładał je później na stole pomiędzy kuchnią a dużym pokojem, a swojego śpiocha przykrywał leżącym na oparci kocem.
Nigdy nie wiedział, którego dnia znowu natrafi na niego śpiącego. Wszystko przez to, że wychodził z domu pierwszy, budząc Gabriela, gdy zakładał buty. Wracał natomiast później niż on, mając dalej do pracy, do której w dodatku dojeżdżał autobusem, po tym jak sprzedał swój samochód. Gabryś często narzekał na jego pracę, a on w gruncie rzeczy ją lubił. Była w większości spokojna, jego koleżanka z pokoju była niewiele starsza od niego i dało się z nią normalnie porozmawiać. Czasami tylko denerwowała go niedbałość magazynierów o wypełniane faktury i to, że musiał się nieraz prosić o ich poprawienie, ale to drobnostka. A do godzin pracy już dawno przywyknął.
W garnku niemrawo bulgotał krupnik z wczoraj, a Kuba zmywał naczynia, puszczając wodę możliwie jak najciszej, kiedy usłyszał dochodzący od strony kanapy pomruk. Zerknął z siebie, upewniając się, że Gabriel w istocie się przebudził i przecierał oczy.
– Cześć – rzucił do niego, puszczając większy strumień wody.
– Już wróciłeś? – Kuba uśmiechnął się nieznacznie. To było zawsze pierwsze pytanie Gabrysia, gdy budził się i on był już w domu. Dodatkowo też oznaka, że jeszcze nie do końca doszedł do siebie. – Gdzie odłożyłeś okulary? – Obaj wiedzieli, że nie ma sensu się nawet o to pytać, ponieważ Gabriel od razu podszedł do stołu. Mimo to, te słowa wciąż padały.
– Ta książka jest na rewers – poinformował go Kuba, przecierając kuchenny blat ścierką, kiedy Gabryś założył już okulary na nos.
– Tak myślałem. Powiem mamie, żeby poszła jutro – mruknął, kiwając ze zrozumieniem głową. – Kiedy wróciłeś?
Kuba wzruszył ramionami, wyłączając bulgoczącą zupę i ściągając ja z kuchenki.
– Może z kwadrans temu, nie wiem – odpowiedział, wciskając Gabrysiowi chochelkę w ręce. – Zapytam się, czy Olek nie chce zupy.
Po tych słowach wyszedł z mieszkania w skarpetkach i zapukał do drzwi naprzeciwko. Jakoś na początku października zamienili się mieszkaniami. Olek szukał czegoś mniejszego od dłuższego czasu, więc dogadał się z Gabrysiem i postawili Kubę przed faktem dokonanym. Przy przeprowadzce wiernie pomagali Majka i Mateuszem. Emil w tym czasie znowu chodził o kulach, więc dostał zakaz noszenia czegokolwiek. Był oczywiście z nimi, dyrygował całym przedsięwzięciem, siedząc na schodach na klatce schodowej. Na kocyku w owieczki, ponieważ Mateusz zabronił mu siedzieć na betonie.
Dlatego teraz mieszkali spokojnie w trzypokojowym mieszkaniu należącym poprzednio do Olka z Justyną, a kawalerka Kuby poszła we władanie Aleksandra. Mimo wszystko, Kuba czuł się cały czas zobowiązany do doglądania swojego sąsiada, który po pierwszych szalonych eskapadach wszedł w okres „Na zawsze będę już sam”.
Wrócił do Gabrysia samotnie, bo Olka nie było w domu i opadł z westchnieniem na krzesło naprzeciw niego.
– Uśmiechnij się – ofuknął go Gabriel, dotykając jego policzka chłodną łyżką. Kuba wzdrygnął się, nim zabrał ją z jego ręki.
– Nie zachowuj się jak dziecko.
– Lubisz, kiedy zachowuję się jak dziecko. Możesz wtedy się mną opiekować.
Gabryś uśmiechał się ten swój okropny, wszechwiedzący sposób. Kuba miał trochę nietęgą minę, dopóki Gabriel nie podskoczył na krześle.
– Kopnąłeś mnie! – rzucił oskarżycielsko, celując w niego łyżką. – I niby ja jestem dziecinny?
– Zmywasz naczynia – odparł spokojnie Kuba.
– To nie jest argument! – obruszył się Gabryś. – Ty po prostu chcesz zwalić na kogoś robotę, ty ptysiu sfermentowany, ty…
– Że co? – Kuba roześmiał się głośno. To był taki w sumie stały element ich obiadów. Ten jego śmiech, kiedy łzy aż napływały mu do oczu, a Gabriel był z siebie cholernie dumny, bo znowu udało mu się go rozśmieszyć. Kuba do końca nie wiedział, jaki to wszystko miało sens, ale czasami chyba nie było warto wcale go szukać.

Gabryś nie gotował. Nie to, żeby nie umiał, jego umiejętności kulinarne stały na całkiem zadowalającym poziomie. Kuba mu nie pozwalał. Tak mniej więcej po tym, jak spędził noc w łazience, siedząc na zimnej podłodze, oparty o pralkę. Gabryś przebudził się wtedy o trzeciej i po chwili przerażenia, gdy uświadomił sobie, że Kuby nigdzie nie ma, dołączył do niego. Później odprowadził go na wpół śpiącego do łóżka, po zrobieniu mu mięty. A jak na następny dzień sam nie czuł się najlepiej, stwierdził, że lepiej nie narażać nikogo więcej na niedogodności. 
Gabryś nie mył naczyń. Na tym polu były u nich największe scysje. Kuba, pomimo swoich zadatków na pedanta, nienawidził tego robić. On również. Dlatego powstał dziwny grafik dyżurów przy zlewie, który był przez Gabriela z premedytacją ignorowany. Wiedział, że jeśli nie pozmywa po obiedzie i po śniadaniu, to jak Kuba wróci z pracy, zrobi to za niego. Już nawet tak bardzo się nie wkurzał, gdy zastawał zawalony zlew. Na początku zdarzało mu się jeszcze tłuc talerze. Później po prostu wchodził, zabijał go wzrokiem, jeżeli nie spał, a po obiedzie mył wszystko w ciszy.
Zaczął myć te naczynia, kiedy jednego dnia Kuba wrócił do domu po odwiedzinach u Ewy. Nigdy jeszcze nie pozwolił mu jechać tam razem z nim, więc Gabriel siedział na kanapie i marnował życie przed telewizorem, zupełnie zapominając o tych naczyniach. Chociaż obiecał, że je pozmywa. Gdy Kuba wrócił do domu widocznie przygnębiony i zobaczył tą stertę piętrzącą się nadal w zlewie, zwyczajnie wyszedł. Trzaskając drzwiami. Znalezienie go u Olka wcale nie było jakimś szczególnym wyczynem. Nie było też tak, że to te naczynia tak bardzo Kubę zabolały. Wieczorem Gabryś trzymał już go w swoich ramionach, już go przeprosił, właściwie obaj się nawzajem przeprosili i teraz Kuba spał z głową na jego ramieniu. Gabriel ułożył go delikatnie na kanapie, zanim poszedł umyć naczynia.
Podjął próbę gotowania po tym, jak Emil mu wjechał na ambicję. To tak w wielkim skrócie, ponieważ wszystko działo się dość chaotycznie. Po prostu Kuba w niezamierzony sposób mu ponarzekał jednego dnia w kwiaciarni, a później były jego urodziny. Emil zawsze miał tą niesamowitą zdolność do sprowadzenia kogoś do pionu po rzuceniu pozornie nic nieznaczącej uwagi. Gabriel się zapowietrzył, uniósł honorem i następnego dnia rano Kuba znalazł go siedzącego nad książką kucharską. Pomijając to, że nawet nie pamiętał, żeby mieli taką książkę w domu, ale od przeprowadzki rzadko udawało mu się znaleźć swoje własne rzeczy, a co dopiero cudze.
Zaszedł go wtedy od tyłu i pochylił się nad jego ramieniem, oplatając rękoma szyję Gabriela.
– Dobrze się czujesz, Gabryś? – spytał się go cicho, po odchrząknięciu. Ten obrócił lekko głowę w jego stronę, zerkając na niego kątem oka, trochę spod byka. Kuba parsknął krótkim śmiechem, na widok tej bardzo groźnej miny.
– Postaraj się być poważny – poprosił bardzo spokojnie Gabriel, wracając do przeglądania książki.
– Nie sądzę, żebym był trzeźwy, nie złość się – wyznał mu, cmokając go w skroń. Od razu poczuł na sobie uważny wzrok swojego chłopaka.
– Nie piłeś wczoraj dużo. Olek ci coś zmieszał? – zapytał się ze zmarszczonymi brwiami. Kubie zawsze się wydawało, że sposób w jaki Gabryś się niepokoił był aż dziwny. Albo on jeszcze się do tego nie przyzwyczaił. Tym bardziej egoistyczne było wykorzystywanie tej miękkiej strony. – Nie, przestań, nie byłeś nawet podchmielony, a co dopiero pijany.
Kuba pochylił się jeszcze bardziej i wyszeptał mu do ucha:
– Jestem pijany twoją miłością.
Gabriel w jednej chwili obrócił się gwałtownie w jego stronę, obrzucając go niemalże przerażonym spojrzeniem, mając szeroko otwarte oczy.
– Jezus Maria – wyrzucił z siebie, słabym głosem. Kuba prawie zatoczył się ze śmiechu. – Co ty ćpałeś?
Odpowiedzi nie otrzymał. Nawet jeśli bardzo by chciał, nie mógł opanować się od chichotu. Jego chłopak miał po prostu zbyt zabawny wyraz twarzy. Taki specyficzny, mieszczący się gdzieś między szokiem, przerażeniem, a czułością.
– Gabryś – zaczął, jednak przerwał pozwalając sobie na ponowny wybuch śmiechu. Gabriel pokręcił głową w niedowierzaniu.
– Ty naprawdę coś ćpałeś?
– Gabryś. – Kuba wziął głęboki wdech, zaciskając usta, żeby nie roześmiać się znowu. – Gabrysiu, przepraszam, musiałem. Nie złość się, twoja mina była genialna.
– Jesteś głupi – doszedł do wniosku jego chłopak, obracając się z powrotem w stronę stołu i najzwyczajniej w świecie wrócił do czytania książki kucharskiej. – Matko, jak ci romantyzm nie pasuje, naprawdę. Nie rób tego nigdy więcej, bo wpędzisz mnie do grobu – dorzucił, obdarzając go ostatnim, błagalnym wręcz wzrokiem.
Kuba uśmiechnął się tylko słodko i zmierzwił mu włosy, kiedy przechodził obok, chcąc dostać się do lodówki. Otworzył drzwiczki i przez chwilę stał wpatrując się w ogołocone półki. Tak jakoś u nich zawsze było pusto w lodówce. Nawet po imprezie urodzinowej. Kuba gotów był do podejrzewania Olka o zakradanie się do nich i podjadanie w nocy.
– Gabryś… – Chciał kontynuować, jednak taki jeden, co to siedział z nosem w książce, przerwał mu niegrzecznie.
– O nie, ty idziesz do sklepu – bezlitośnie uświadomił go Gabriel, nie podnosząc wzroku znad czytanego przepisu.
– Niby czemu? – westchnął Kuba, zamykając z trzaskiem lodówkę. Podszedł do stołu i siadł na nim, patrząc na swojego chłopaka. – Wczoraj miałem urodziny.
– Wczoraj – podkreślił dobitnie Gabryś, zaginając róg strony. Przekartkował później znowu książkę, pozaznaczał jeszcze w ten sam sposób kilka innych przepisów, po czym przesunął ją po stole na bok. Kuba przez cały czas przyglądał się mu, zdziwiony.
– Ty nie żartujesz – zauważył po chwili, kiedy Gabriel nie wykonał żadnego ruchu, który świadczyłby o tym, że ma zamiar wstać z krzesła i gdziekolwiek iść. Uśmiechnął się za to do niego ciepło i rozłożył ręce.
– Będziesz później coś chciał – zagroził mu Kuba, zsuwając się ze stołu. Przeszedł do sypialni, z której wrócił do kuchni zakładając przez głowę swoją za dużą bluzę. Gabryś przyglądał się mu w uprzejmym zaciekawieniu z bardzo sympatycznym uśmiechem. W każdej innej sytuacji pewnie by wydawało mu się to kochane, urocze i w ogóle czułby się, jak gdyby ktoś zasypał go tonami cukru, lecz nie tym razem.
Gabriel zrozumiał, że nie idzie wcale do żadnego sklepu, kiedy otworzył drzwi, stojąc wciąż w samych skarpetkach i krótkich spodenkach, a jedyną cieplejszą rzeczą, jaką miał na sobie była bluza. Mimo wszystko wiedział, że Kuba nie jest na tyle szalony, o ile w ogóle był kiedykolwiek szalony, aby wyjść pod koniec listopada na dwór tak ubranym.
– Gdzie ty idziesz? – zapytał się go natychmiast, doskakując do niego w trymiga.
– A jak myślisz? Do Olka – odpowiedział Kuba, wydając się zaskoczonym tym, że się o to pyta.
– Będziesz u niego jadł? – kontynuował serię pytań Gabriel, podejrzliwie na niego patrząc. Westchnął tylko i zbliżył się do swojego chłopaka.
– Pożyczymy od niego coś na śniadanie – konspiracyjnym szeptem zapoznał go ze swoim planem Kuba, zanim pocałował go krótko w policzek i szybko zniknął za drzwiami. Gabryś przez chwilę zastanawiał się, czy Olek jest już na nogach.
Jak się okazało, kiedy Kuba wrócił ze zdobyczą (wziął jedynie pięć jajek, Gabriel nie wiedział, jakim sposobem wcześniej nie zauważył u niego tego zamiłowania do nich), Olek był wczoraj w tak dobrym nastroju, że nawet nie zamknął drzwi. Z drugiej strony, to też była kwestia pewnych przyzwyczajeń. U niego w domu drzwi wejściowych też się nie zamykało, bo wszyscy i tak się znali.
Tak czy siak, Gabryś odsunął Kubę od patelni, nim ten zdążył ją postawić na palniku.
– Od dzisiaj gotuję – oświadczył, głęboki wdech. Kuba zastygł na moment w bezruchu. To była dosłownie chwila, ponieważ zaraz zaczął chichotać i oparł się o ramię Gabriela, wtulając się w nie.
– Od dzisiaj czy tylko dzisiaj? – spytał się konkretnie, przyglądając się temu, jak Gabryś miesza jajka drewnianą łopatką.
– Od dzisiaj na zawsze – odparł jego chłopak. Kuba zamruczał z uznaniem.
– Tak trochę nie wierzę.
– To nie wierz.
– Nie chcę nic mówić, ale u ciebie krucho z zapałem – obiektywnie stwierdził, uśmiechając się do Gabriela lekko. Ten zmierzył go trochę morderczym wzrokiem. – W niektórych aspektach, tak? Nie wszędzie, przyznaję.
– Masz szczęście, że się poprawiłeś – z zadowoleniem odpowiedział Gabryś. Kuba puścił jego ramię, by umożliwić mu ściągnięcie jajek z patelni na wcześniej przygotowany talerz. Jeden z niewielu czystych po wczorajszej imprezie.
– Mam szczęście, że mam ciebie – śpiewnie rzucił Kuba, zabierając swoją porcję.
– Znowu zaczynasz? – Gabriel parsknął krótkim, zawstydzonym śmiechem.
– A nie? – zdziwił się siadając na krześle, uprzednio zajmowanym przez jego chłopaka. Gabryś poprawił okulary, wciskając je głębiej na nos. Przy okazji nastawił wodę na kawę.
– To ja jestem szczęśliwy, że mam ciebie.
Kuba patrzył się na niego, jak smażył jajka dla siebie, równocześnie robiąc im kawę. Kiedy zalał już ją wodą i miał wsypać do jego kubka standardowe sześć i pół łyżki, w końcu się odezwał:
– Wiesz, nie słódź mi – poprosił, ignorując pytające spojrzenie Gabriela.
– Ale wiesz, że wczoraj z tym ciastem i tyciem to żartowałem? – upewnił się, jakby obawiając się, że Kuba mógł sobie wziąć jego głupie docinki na poważnie.
– Nie o to chodzi. – Pokręcił głową, uśmiechając się do Gabrysia. – Po prostu nastrój się zrobił wystarczająco słodki.
Został skwitowany parsknięciem. Ale dostał za to też buziaka. Nie jednego i nie dwa. Raczej całkiem sporo, biorąc pod uwagę to, że Gabriel rzadko był aż tak energiczny z rana. Tak naprawdę, to obaj byli leniwi. Lubili tak na przykład leżeć cały ranek na kanapie, zapominając pomiędzy jednym a drugim głębszym oddechem o tych czekających w zlewie naczyniach. O tym, że przydałoby się wynieść śmieci, zrobić zakupy, pranie, zetrzeć podłogę w łazience, a najlepiej w ogóle ją umyć, bo Kuba nie był pewny, co Emil z Mateuszem tak długo w niej robili.
Oddech Gabrysia łaskotał jego szyję, że poruszył się niemrawo, starając się go nakłonić do zmienienia ułożenia.
– Musisz zawsze się wiercić? – spytał z wyrzutem Gabriel, ale wyszło mu to zbyt sennie, aby Kuba mógł wziąć to do siebie. 
– Śpij, skoro ci wygodnie – zwrócił mu uwagę, wyciągając spod ciała swojego chłopaka zdrętwiałą rękę. Gabryś nagle przekręcił się na plecy, przyciągając Kubę do siebie tak, że znalazł się na nim. – Tak lepiej, dziękuję.
– Zawsze do usług – odpowiedział cicho Gabriel, nie otwierając nawet oczu. Uśmiechnął się za to do niego sennie. Kuba pocałował go ostatni raz w usta, zanim położył głowę na jego ramieniu. Będąc już gdzieś na granicy snu i czując rękę delikatnie gładzącą go po plecach, stwierdził, że naprawdę był szczęśliwy tak leżąc i przysypiając.


***


To w razie czego naprawdę miało być ładne podsumowanie, ale pewnie wyszło jak zwykle.
Tak. W sumie dopiero teraz czuję się, jakbym coś skończyła. Wiecie, po tym ostatnim rozdziale Kwiatów pisałam dodatek i tak wiedziałam, że jak go skończę, to będzie to taki definitywny koniec końców. Niezamierzenie, wszystko się przeciągnęło. Bardzo nie lubię zostawiać niedokończonych rzeczy, dlatego ta ostatnia część mnie frustrowała przez cały ten czas. Oczywiście, kiedy już chciało mi się pisać i miałam na to czas, zajęłam fanfiction i innymi opowiadaniami, a to tak leżało. Pisałam, że chciałam to przepisywać, nawet zaczęłam to robić, ale szło mi to jak krew z nosa. Później, jak już pisałam powyżej, Ruttan przeczytała to, co miałam i oszczędziła mi męczarni nad tamtą nową wersją. Tu tak na marginesie, podziwiam ludzi, którzy przepisują swoje opowiadania po kilka razy. Mnie by szlag trafił.
Nie wiem, czy ta część jest dobra. Dla mnie ciągle jest taka gorsza, chociaż pod koniec dobrze mi się pisało. Nie rozmawiajmy o tym wymuszonym zakończeniu. Nie miałam siły na kolejną scenę, chociaż pomysł był.
Wracając, miało być podsumowanie.
Kwiaty dla Ciebie jako samą główną historię pisało mi się bardzo dobrze. Po dwóch pierwszych rozdziałach już miałam wszystko rozplanowane. Z tych planów zostało w sumie niewiele, całkiem sporo się zmieniło. Na przykład całego wątku Kuby i Gabrysia miało nie być w ogóle. Tak szczerze, to sobie tego teraz nie wyobrażam, nie wiem jak Wy. Kwiaty miały być bardziej melodramatyczne pod koniec, ale za dobrze pisało mi się o takim spokojnym siedzeniu w kwiaciarni, że zrezygnowałam ze wszystkiego na rzecz tego, co czytaliście.
Ogólnie całe opowiadanie pisane było, jak często wspominałam, po rocznej przerwie. Fajnie było wrócić do pisania samego w sobie, bo Kwiaty pociągnęły za sobą inne teksty. Nie myślałam, że może mi tego tak bardzo brakować.
Oczywiście Kwiaty to pierwsze opowiadanie, jakie skończyłam. W ramach takiego konkretnego podsumowania pochwalę się, że samo opowiadanie liczy sobie 45 985 słów. Dodatek za to 16 131 słów. Dla mnie to ani dużo, ani mało. Nie wiem, trudno mi porównać. Ale jestem dumna.
Teraz chciałabym jeszcze podziękować Wam, że czytaliście, a część z Was też komentowała. Miło było mieć takich Czytelników. Tak pojedynczo nie będę wymieniać, bo wszyscy jesteście tak samo ważni, ale Ruttan należy się nagroda, za wysłuchiwanie moich jęków, w szczególności na tą ostatnią część dodatku. Więc dziękuję, Ruttan <3
Tylu fajnych ludzi poznałam dzięki temu opowiadaniu, że na pewno nie będę żałować, że zachciało mi się je publikować. Poza tym, takie złe nie było, więc za kilka lat raczej nie będę się go wstydzić.
Nie wiem, czy macie jakieś konkretne pytania, nie chcę Was zanudzać, bo i tak już długie to podsumowanie. Pytajcie się w razie czego czy to na asku, jeśli macie, czy w komentarzach. Albo napiszcie maila (amarkotna16@gmail.com). Z gg nie korzystam, bo jakoś tak wyszło. Jeszcze siedzę na tumblrze. Ostatnio wygląda na to, że jestem mniejszym no-lifem, co pozytywnie wpłynęło też na pisanie. Znajomi czasami pomagają, nawet jeśli nie zdają sobie z tego sprawy.
Jeszcze raz bardzo dziękuję, że w ogóle chciało Wam się to czytać. Jeżeli miło spędziliście czas, to będę naprawdę szczęśliwa.
I tak przy okazji udanych Mikołajek! Świąt i Sylwestra też, a co tam.  
Trzymajcie się!